poniedziałek, 6 stycznia 2014

Podsumowanie roku 2013

To był dobry rok. Po prostu.

Po fatalnym roku 2012 który mnie połamał i podłamał rok 2013 był wyczekiwanym wyżem.


Zdobyłam upragnione, wyższe wykształcenie.

To dało mi wolność której zawsze tak bardzo chciałam.

Szczęśliwym zrządzeniem losu znalazłam pracę w rysunku, którą uwielbiam, choć nie jest to najpewniejsze zajęcie na świecie.

Poznałam świetne środowisko krakowskich blogerów kulinarnych które okazało się sympatyczne, inspirujące i odświeżające.

Liczba osób towarzyszących mi w blogowych podróżach na facebooku osiągnęła miłą sercu liczbę tysiąca.

W ciągu roku osiągnęłam dziesiątki małych, przyjemnych i osobno - nic nie znaczących sukcesów, które jednak w połączeniu tworzą pewną harmonię.

Zrobiłam kilka dobrych rzeczy dla świata (głównie dla kotów).

Przeczytałam dziesiątki książek i odnalazłam zaskakująco dużą przyjemność w nowej konsoli i powrocie do gier.

Jest też kilka rzeczy których osiągnąć mi się nie udało.

Moja waga wciąż nie jest taka, jak bym chciała.

Moja forma łucznicza jest fatalna i nie mogę tego zrzucić na kontuzję i operacje, bo od sierpnia w zasadzie byłam już w stanie strzelać i nie poświęciłam temu tyle czasu ile powinnam była. Nie osiągam już takich sukcesów łuczniczych które by mnie satysfakcjonowały i moje postępy uległy znacznemu spowolnieniu. Jest to dla mnie frustrujące i zniechęcające, potrzebuję sukcesów żeby moja motywacja wciąż była równie silna. Ale wiem, że jest to tylko i wyłącznie moja wina.

Wciąż zdarza mi się być smutną bez powodu i odczuwać zniechęcenie. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się z tym uporać.

Zbyt mało czasu poświęcam na rozwój, zbyt dużo na bezmyślną pseudorozrywkę.

Nie lubię noworocznych postanowień. Zdecydowanie wolę wyznaczać sobie po prostu obszary rozwojowe i w ciągu roku o nich pamiętać. W ten sposób po upływie roku mogę na własne oczy zobaczyć różnicę pomiędzy stanem na 1 stycznia 2013 i 1 stycznia 2014 co motywuje mnie i zachęca bo widzę, że moje starania przynoszą efekt.


Jakie planuję obszary rozwojowe na 2014?

Łucznictwo. Mam nadzieję, że ten rok będzie dla mnie przełomowy, zamierzam poświęcić dużo energii i serca łucznictwu. W planach mam zwiększenie naciągu łuku i regularne treningi.

Rysunek. Ostatnie miesiące nie miały w sobie dużej ilości czasu na ćwiczenie skilli rysunkowych, mam nadzieję to zmienić. Zacna inicjatywa Kiśla Rysunkowego uświadamia mi, jak wielkie mam braki w podstawowych umiejętnościach.

Rzeźba. Stworzenie figurki Fizza unaoczniło mi, że robienie figurek może być dużo bardziej wymagające niż sądziłam. Wzbudziła ona bardzo duże zainteresowanie. Obecnie pracuję nad figurką Taokaki, później mam nadzieję zrobić jakiegoś smoka.

Ciało. Bliskość świetnego klubu fitness i podpisana roczna umowa powoli sprawiają, że się tam zadomawiam. Mój zmordowany kręgosłup cieszy się z zajęć jogi i innych. Chcę mu ulżyć, bo całodzienne przesiadywanie przed komputerem nie robi mu dobrze.

Blogi. Rysunkowy ma się dobrze, ale chciałabym więcej uwagi poświęcić kulinarnemu. Tyle przepisów czeka w kolejce na publikację...

Fotografia. Moje zdjęcia z roku na rok są lepsze, a przynajmniej tak mi mówią (ludzie inni, nie zdjęcia). Ale boleśnie odczuwam ograniczenia jakie sama sobie narzuciłam namiotem bezcieniowym, wyzwolił on we mnie niemożebne pokłady lenistwa i wygodnictwa. W tym roku chcę więcej eksperymentować z tłem, światłem i przede wszystkim kompozycją.

Na koniec zdjęcie z mantą na głowie, bo rysunku nie ma z powodów opisanych na facebooku.

 

16 komentarzy:

  1. Wiesz co Rynn, może z tą wagą to nie przesadzaj. Patrzę na Twoje zdjęcia i nie widzę nadwagi, a nawet nie widzę nieregularności figury. Patrzę na Twoje zdjęcia coraz bardziej, a im bardziej patrzę, tym bardziej nie rozumiem. Zdjęcia w uprzęży czy to z Fornostu mówią raczej, że masz całkiem fajną figurę - obstawiam kształt klepsydry, lub ewentualne nadmiary idące w gruszkę, które - jeśli się z sensem ubrać - są bardzo kobiece i naprawdę długo nie szpecą.
    Czego więc chcesz od swojej wagi? Może nie jest najniższa możliwa przy prawidłowym BMI, ale przecież Ty masz średnią budowę, nie jesteś filigranową dziewczyneczką. Wyglądasz kształtnie i zdrowo, zmiana nie jest Ci potrzebna. Opamiętaj się i zacznij cieszyć z naprawdę fajnej figury, a wagę pozbaw baterii i połóż na szafie. Mówi Ci to osoba o budowie "jabłka", której od siedzenia rośnie opona brzuszna na szczupłych nogach. Kiedyś poważnie się pochorowałam i przepięknie schudłam - co z tego, skoro nadal mam po prostu mało kobiecą figurę? 2/3 fajnych (zazwyczaj niezbyt masthew modnych) sukienek leży na mnie fatalnie, znalezienie spodni typu "obleci" graniczy z cudem, każde dodatkowe pół kilo to kolejny wałek z przodu i po bokach. Nie poddaję się i pracuję nad dobrym odbiorem siebie, choć nie jest lekko, kiedy dobranie bluzki do spódnicy musi uwzględniać nie tylko kolor, ale i fason maskujący ewentualne nieregularności. Bądź zadowolona z tego, co dała Ci natura, bo naprawdę była dla Ciebie bardzo łaskawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To po prostu czasem przeszkadza i tyle. Ja ledwo co przekroczyłam niedawno 50kg, ale chcę trochę zrzucić bo irytuje mnie oponka wypływająca przy siadaniu. To że wyglądam zdrowo nie przekonuje mnie, żeby sobie to odpuścić. ; )
      Btw odchudzanie się kiedy jest się grubym wielorybem jest dużo trudniejsze niż kiedy ma się tylko parę kg do zrzucenia.

      Usuń
    2. No i to jest właśnie chore, i to dużo bardziej niż noszenie tylko masthewu sezonu, który nie pasuje do figury. Halo, czy na tym świecie są jeszcze kobiety, które nie mają ciągłych wyrzutów sumienia i są szczęśliwe ze swoim ciałem? Czy są jeszcze takie, które się nie odchudzają, kiedy BMI nie pokazuje jeszcze niedowagi?
      Patrząc na zdjęcia Rynn nie widzę powodu do odchudzania, więc albo ja jestem ślepa, albo Rynn nosi gorset, albo wygląda super, tylko po prostu ma zakrzywiony obraz siebie. Obstawiam to trzecie. Ja też to mam i Ty też, dlatego dobrze by było coś zmienić w naszej chorej kulturze, która za standardy przyjmuje coś, czego nie ma. Jakby z Rynn zdjąć ze trzy kilo, byłaby już pewnie wychudzona - czy naprawdę o to w życiu chodzi?

      Zrzucanie kilku kilo jest względnie łatwiejsze od zrzucania kilkudziesięciu, ale tylko jeśli faktycznie ma się te parę kilo do zrzucenia. Oczekiwanie, że mając 25 lat zmieścimy się w spodnie z gimnazjum jest nierealne. Byłoby za to pięknie, gdybyśmy umiały się cieszyć tym, co mamy. Jesteśmy młode, więc tak ładne jak teraz nie będziemy raczej już nigdy. A że są mankamenty... no cóż, na plastykę biustu czy uszu się nie wybieram, ani na liposukcję, a moim hobby nie jest rzeźbienie ciała i raczej już nie będzie. Nie będę filigranowa, bo mam ciężką budowę i nawet schudnięcie 10 kg tego nie zmieni. Jest jak jest. Staram się z tym oswoić i nie płakać nad każdym ciastkiem, póki nie tyję.

      Usuń
    3. Wiwerna, to nie do końca tak jak myślisz. Ja mam swoją optymalną wagę w której czuję się dobrze (chociaż nawet wtedy mam swoje kompleksy), jest to jakieś 55 kilo. Mam budowę gruszki, więc nawet przy tej wadze jestem "ciężka", od zawsze wstydziłam się swoich nóg i prawdopodobnie nigdy nie założę krótkich szortów ;) ale więcej schudnąć nie chcę, bo przy 53-52 moje plecy zaczynają wyglądać jak u zagłodzonego dziecka i można się na nich uczyć anatomii. Nie, nie czuję, że natura była dla mnie specjalnie łaskawa.

      Ale kiedy złamałam rękę moje życie się trochę poprzewracało, najprostsze czynności stały się niemożliwe do wykonania a sport stał się zupełnie nieosiągalnym zajęciem. I wcale nie ułatwiło sprawy to, że mam tendencję do podjadania żeby poprawić sobie humor, bo lubię jedzenie i poprawia mi ono humor, duh.

      Więc przytyłam 6 czy 7 kilo i zwyczajnie czuję się z tym źle, zapuszczona i ciężka w porównaniu z tym, jaka byłam kiedyś. Obiektywnie nie uważam, że wyglądam tragicznie i jak wielka krowa, po prostu wtedy czułam się ze sobą lepiej. Miałam też dużo lepsze nawyki żywieniowe - mieszkanie z człowiekiem, dla którego warzywa mogą nie istnieć a czekolada i chipsy to podstawa piramidy żywieniowej nie wychodzi mi na dobre, bo mam słabą wolę ;)

      Usuń
    4. Nikt nie mówi o dążeniu do jakiejś niedowagi. ; ) Ja często chodząc w szerokich T-shirtach z których wystają chudziutkie łapki ludzie się łapią za głowę, jak Ty wiwerno, i oburzają się 'z czego ja chcę schudnąć' nie widząc wystających boczków znad spodni. : P Priorytetem jest zdrowie i samopoczucie. Na bieganie jest imho za zimno, więc moje chudnięcie polega głównie na ograniczaniu sera, piwa i czipsów. Myślę, że całkiem dobrze na tym wychodzę. ; )

      Usuń
    5. Hmm, może jako facet dorzucę 0,03 PLN z męskiego punktu widzenia :)
      Osobiście zupełnie nie rozumiem tej wszechogarniającej manii odchudzania się. Większość moich znajomych zawsze należała do płci pięknej, a co za tym idzie musiałem się sporo nasłuchać wiecznego marudzenia typu "jaka ja gruba jestem" albo "muszę zacząć się odchudzać". I o dziwo najwięcej marudziły panie, które miały z tym najmniejszy problem. Nawet nie wiecie jak to działa na nerwy, gdy dziewczyna mająca śliczną, kobiecą figurę wiecznie marudzi jaka to ona gruba jest, jaki ma gruby brzuch, jakie grube nogi itd. To chyba Wasz sport narodowy, utyskiwanie nad swoją wagą :P
      A prawda jest taka, że generalnie facetom nie podobają się "patyki" (pomijam dzieci, które naoglądają się w pismach czy telewizji modelek we wczesnej fazie anoreksji i wydaje im się, że tak wygląda prawdziwa kobieta). Często słyszałem jak to jedna z drugą chcą mieć super płaski brzuszek. Tylko po co ja się pytam? Ani to ładne, ani seksowne. Płaski, a często nawet wklęsły brzuch z mocno wystającymi kośćmi biodrowymi jest zwyczajnie BRZYDKI! Zdrowy, kobiecy brzuch musi być wypukły i ładnie zaokrąglony, koniec i kropka :) To samo się tyczy nóg. Kto by chciał się patrzeć na 2 patyki? Okropność. Znałem nawet dorosłe dziewczyny, które uda miały jak moje ramię (a sam jestem dosyć szczupły i wcale nie napakowany), poważnie! Dosłownie jak u anorektyczki.
      Robicie wielkie halo nawet z 2-3 kg ponad normę, a to przecież całe nic. Tak naprawdę nawet tego nie widać. Jeszcze bym zrozumiał, gdyby chodziło o 15 czy 20 kilo, bo wtedy faktycznie może coś tam przeszkadzać i jest się za co wziąć. Ale 2-3 kilo? No bądźmy poważni! :)
      Brzydko mówiąc dałyście sobie wyprać mózgi kolorowym pisemkom i żyjecie sobie tak wiecznie niezadowolone z własnego ciała, głodzicie się, odmawiacie sobie przyjemności. Zupełnie niepotrzebnie. Póki Wasz facet nie marudzi i nie macie >30kg nadwagi, która już mogłaby negatywnie wpływać na zdrowie, to po co się przejmować? :) Osobiście wychodzę z założenia, że lepiej mieć 10kg za dużo niż 5kg za mało.
      I pamiętajcie drogie panie, to krągłości są sexy, nie wystające kości :)

      Usuń
    6. Nie czytam kolorowych pisemek, ich treść się rozpowszechnia drogą kropelkową że do mnie dotarły i wyprały mi mózg?

      "Osobiście wychodzę z założenia, że lepiej mieć 10kg za dużo niż 5kg za mało." A ja wychodzę z założenia, że najlepiej mieć wagę w sam raz. Moja docelowa waga nie wiąże się z wystającymi kościami, ale dziękuję za troskę.

      "głodzicie się, odmawiacie sobie przyjemności" <- ale na tym rozsądna dieta zupełnie nie polega i wątpię też, żeby Rynn czyniąca kuchenne cuda planowała odchudzanie się taką metodą. : P

      Usuń
    7. No raczej nie ;) po prostu piję mniej alkoholu/nie napycham się chipsami wieczorem/więcej się ruszam.

      I do tej nadwagi 20kg która już przeszkadza też się jakoś dochodzi. I zaczyna się właśnie od tych głupich 2-3 kilo na plusie.

      Jak mówię, nawet przy wadze która dla mnie jest ok wciąż nie jestem chudzinką i mam solidny kawał dupy, że się wyrażę.

      Usuń
    8. Rynn, teraz bardziej rozumiem o co chodzi. Po samym wtręcie o wadze z notki zrobiło mi się trochę słabo, cyrki na punkcie wagi są przerażające. Wychodzenie ze stanu zapuszczenia natomiast doskonale rozumiem, a wręcz powiem, że nie jest mi obce - uważam też za formę dbania o siebie, w przeciwieństwie do ciągłego biadolenia i utrzymywania się w poczuciu grubości i winy. Wybacz ostrą reakcję, naprawdę zestawienie niezadowolenia z wagi z Twoimi zdjęciami wywołały u mnie moralny sprzeciw. d:
      Dla poparcia - dobrym przykładem histerii na punkcie wyglądu była dla mnie historia Anwen. W skrócie - "w sumie nigdy nie narzekałam na swoją figurę, uważam, że wyglądam spoko, ale ludzie na blogu mi pisali że mam grubą twarz, więc postanowiłam schudnąć". Czujecie poziom absurdu? Bo dla mnie to było jak strzał między oczy.

      Revv, wiem, że Cię to zdziwi, ale nie musisz czytać vivy, gali i przyjaciółki, żeby mieć zwichrowany obraz siebie. Wystarczy, że inni uważają coś za ładne, a coś innego za brzydkie - i niekoniecznie chodzi o to, że ci inni te gale i vivy czytają. Pewne wartości niosą się z kulturą. Bo skąd wiesz, że Twoje wałki akurat są be, a nie są sexy? Czemu Rynn źle się czuje z ciężką dupą, a mnie przerażają falujące wałki brzuszne? Dlaczego tak często nam się wydaje, że połowa problemów w życiu rozwiązałaby się sama, gdyby tylko nie to francowate sadło? Człowiek jest społeczny i uczy się od innych, szczególnie dzieckiem będąc chłonie wiele z otoczenia. To, co nam się podoba, jest wyuczone w znacznym stopniu. Kolorowe magazyny i internet tylko to podkręcają, dosyć niestety skutecznie.

      Adaś, nie popadaj w skrajności, bo brzmisz koszmarnie nieautentycznie. Facetom generalnie (jak ju,z lecimy takimi generalizacjami) nie podobają się patyki, ale wieloryby i balerony też jakoś bez rewelacji. Problem polega na tym, że nam się kulturowo wciska nieprawidłowość normalnego, zdrowego wyglądu, bo trzeba mieć wystające obojczyki, niefizjologicznie płaski brzuch, ani grama zwisającej tkanki od ramienia do łokcia i prześwit między udami.

      Usuń
    9. "Bo skąd wiesz, że Twoje wałki akurat są be, a nie są sexy?" Sexy czy nie, niewygodnie mi się z nimi siedzi, a jako priorytet stawiam to, żebym dobrze się czuła we własnym ciele. Nie muszę mieć ciała modelki, trochę mniejszy wałek by mnie zadowolił. ; P

      No i nie jestem typem osoby, która w towarzystwie narzekałaby na rozmiar swojego tyłka, bo przy mojej ogólnej posturze drobnej dziewczynki musiałabym wszystkich nieźle wkurzać takim pierdololo.

      Usuń
  2. "Wciąż zdarza mi się być smutną bez powodu i odczuwać zniechęcenie"

    Chyba zawsze są jakieś powody, tylko kiedy są one nieuświadomione, mogą powodować np. smutek, który się wydaje nie mieć z niczym związku.

    Fajnie, że znalazłaś pracę w rysunku... Też bym chciała w czymś podobnym...

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja dla odmiany przyznam Rynn rację z Tą wagą. W pełni się z Tobą zgadzam moja droga, przydałoby Ci się przytyć te kilka kilo, bo na zdjęciach wyglądasz na straszną chudzinkę!! Ale to chyba nie będzie zbyt wielki problem patrząc na Twoje postanowienie rozruszania nieco bloga kulinarnego ;-) A więc jedz i ćwicz, aby nowy tłuszczyk się ładnie układał tam gdzie trzeba :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha-ha, bardzo śmieszne ;)

      Usuń
    2. słuchaj pana, cholero!

      Usuń
    3. Może i śmieszne, ale jakie prawdziwe :P

      Usuń
  4. ale masz ładne włoski :3 to powodzenia w szczelaniu z Uku!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...